Zapiski Optymistki

Ja, On i Dzieciaki, czyli Optymistka rodzinnie. Zapisków ciąg dalszy.

Wpisy

  • niedziela, 01 stycznia 2012
    • 76. Nowy Rok...

      ...znajomi życzyli by nie był gorszy od poprzedniego, by był ciekawszy, by działy się w nim rzeczy, które warto będzie zapamiętać na dłużej.... Ja bym chciała by mijał pod znakiem zdrowych dzieci, pracy, która sprawi frajdę i chęć zaangażowania a nie tylko stres przed zaśnięciem, by zaczęły się realizować gdzieś głęboko ukryte marzenia o własnym domu. Obiecałam sobie, że będę się więcej uśmiechać, że złagodzę realizm jeszcze większą dawką optymizmu, że będę pracować nad tym, by nie zrzędzić i rzadziej miewać "humory". Długa jest lista moich postanowień na Nowy Rok - inaczej niż z zeszłych latach, gdy ich nie było w ogóle. Ile z nich dotrwa do czasu podsumowań za 12 m-cy??? Oby jak najwięcej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „76. Nowy Rok...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      optymi-stka
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 stycznia 2012 17:43
  • niedziela, 25 grudnia 2011
    • 75. Boże Narodzenie

       

      Święty Józef załamał ręce,
      denerwują się w niebie święci,
      teraz idą już nie Trzej Mędrcy,
      lecz uczeni, doktorzy, docenci


      Teraz wszystko całkiem inaczej,
      to, co stare, odeszło, minęło,
      zamiast złota niosą dolary,
      zamiast kadzidła --- komputer,
      zamiast mirry --- video

      --- Ach te czasy --- myśli Pan Jezus ---
      nawet gwiazda trochę zwariowała
      ale nic się już nie zawali,
      bo wciąż mamusia ta sama.

                                                      Ks. Jan Twardowski
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      optymi-stka
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 grudnia 2011 20:10
  • poniedziałek, 19 grudnia 2011
    • 74. O ironio...

      ... wreszcie mam trochę czasu, by tu coś napisać. Ale tylko dlatego, że Dzieć śpi właśnie po zabiegu usunięcia trzeciego migdała i drenażu uszu. Tak się nam średnio szczęśliwie poukładało przed świętami. Siedzę więc w klinice i słucham rytmicznego pikania czegoś, co połączone jest z palcem mojego syna. Mam nadzieję, że wieczorem pojedziemy do domu. Została jeszcze tylko formalność jedna drobna - uszczuplić nieco nasze konto na rzecz kliniki, bo oczywiście NFZ pozostawił nam jedynie opcję czekania przez kilka miesięcy. A czekać się nie da, gdy dziecko miewa bezdechy... No ale. Może wreszcie zdrowie Antka wróci do normy, a to jest warte każdych pieniędzy.

      Co poza tym. Przedświąteczna gonitwa trwa, zatrzymana dziś na jedną chwilkę, ale pewnie od jutra powróci z podobną intensywnością. Wigilia miała być u nas, ale z wiadomych względów nie będzie. Sprzątaniu nie ma końca. To tak jak z tym śniegiem, co to nie ma sensu go odgarniać bo i tak pada. Choina ubrana, nawet dwie, bo chłopcy też chcieli mieć swoją. Trzeba by pomyśleć o jakimś serniku na święta i makowcu, piernika upiec, ryby przygotować, prezenty spakować a co niektóre to jeszcze kupić... Tylko kiedy, skoro doba jest co najmniej o 10 godzin za krótka? Kolejki w marketach stoją między regałami (kryzys?!?!?) i stoi się dłużej niż robiło się zakupy. Kiedy jeszcze usiąść z dziećmi, zatrzymać się, pozachwycać, przeczytać świąteczną książkę, pokazać w czym tkwi piękno nadchodzących dni... Dziki bieg do utraty tchu.

      Do pracy przywykłam. Tylko mam wstręt do kompa i wrzeszczących ludzi. Ale co mi tam. Pokrzyczą i przestaną, a dla mnie i tak nic się nie zmieni.

       No to wesołych! bo pewnie nie dotrę tu już przed świętami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „74. O ironio...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      optymi-stka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 grudnia 2011 12:39
  • sobota, 29 października 2011
    • 73. Siedemdziesiąt trzy.

      Sobota. Pierwsza od baaaardzo dawna, którą mogę spędzić w domu. Zawsze jakiś wyjazd, impreza, załatwianie, bla bla bla, nie było czasu na nic. A dziś jestem sama. I będę sprzątać swoją szafę, bo nie mam gdzie układać wypranego prania :) Gdy skończę pewnie okaże się, że zajęte będą dwie półki :)

      Praca. Wciągnęła mnie odkąd przeszłam na pełny etat. 4 dni w tygodniu wracam do domu przed 19 i padam. Nie ogarnęłam się jeszcze organizacyjne. Nie sprzątałam od wieków, obiad jest zwykle szczątkowy, góry prania czekają, aż ktoś się zlituje. Poziom stresu wzrósł o 100%, melisa stała się codziennością i jakieś ziołowe cukierki też. Czekam, aż przyjdzie przyzwyczajenie, może wtedy będzie spokojniej. Choć mam wątpliwości czy to w ogóle możliwe.

      Chłopaki. Rosną. Maciek wykazuje jakieś nadprzyrodzone zdolności obrony przed zarazkami :) - od początku sezonu przedszkolnego nie chorował, pomimo, że cała reszta Optymistów tak. Niepojęte. Starszy nadal nie przywykł do nowego przedszkola, a ja coraz częściej myślę, że ta zmiana to jednak był błąd :/

      No nic, idę sprzątać... Miłego weekendu!

       

      ***

      Dopisane:

      Załamałam się :( Antek siedział w domu przez miesiąc, zjadł dwa antybiotyki. A w przedszkolu był tydzień. Przed momentem dzwoniła babcia - gorączka i katar do podłogi. Płakać mi się chce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „73. Siedemdziesiąt trzy.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      optymi-stka
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2011 09:04